Artykuły, felietony mojego autorstwa. Moją pasją jest sport we wszelkiej formie. Piszę o tym co mnie bawi, wzrusza i doprowadza do szewskiej pasji. Piętnuję absurdy współczesnego sportu. Tenis, piłka nożna, sporty zimowe i wiele innych dyscyplin.
Do rozpoczęcia igrzysk olimpijskich w Vancouver pozostały już tylko cztery dni. Naszą największą medalową nadzieją jest oczywiście Justyna Kowalczyk, która w sobotę zdeklasowała rywalki w sprincie w Canmore. W olimpijskim odliczaniu czas na biegi narciarskie.
Kowalczyk pierwszą damą
To co pani Justyna wyprawia w tym sezonie na poszczególnych trasach jest wprost niewyobrażalne. A już to co zrobiła w sobotnim sprincie w Canmore musiało wszystkich wprawić w zdumienie i wywołać podziw dla naszej biegaczki. Polka wszystkie swoje biegi wygrywała łatwo i przyjemnie, a w finale drugą na mecie Szwedkę Idę Ingemarsdotter wyprzedziła o 7,6 sekundy! Takiej przewagi w narciarskim sprincie jeszcze nie widziałem. A jak sama Justyna powiedziała, na 100% pobiegła tylko w finale! Kowalczyk w tym sezonie już 13 razy stała na podium, w tym osiem razy na jego najwyższym stopniu, po raz pierwszy w karierze wygrała Tour de Ski i będzie jedną z głównych faworytek do olimpijskich medali.
Gdyby tylko nie te piekielnie łatwe trasy w Whistler, to moglibyśmy być spokojni o Justynę. Ale ja i tak jestem spokojny, że jedno złoto będzie, co najmniej jedno. Justyna jest w tak gigantycznej formie, że nawet łatwe trasy w Whistler nie będą jej straszne. Dziwnie brzmi, ale tak jest, bo dla Justyny im trudniej, tym łatwiej. Najwyższe podium dla Justyny widzę w biegu łączonym na 15 km (7,5 km klasycznym x 7,5 km dowolnym), w którym przed rokiem w Libercu wywalczyła tytuł mistrzyni świata, ale medale może zdobyć na praktycznie wszystkich dystansach, bo jest zawodniczką niezwykle wszechstronną. Popatrzymy na styl dowolny. W piątek w Canmore była druga na dystansie 10 km, tylko za specjalistką od tego dystansu w tym stylu Charlotte Kallą. Amerykanie na podstawie symulacji magazynu "Sporting News" przyznali Justynie dwa złote medale, właśnie na dystansie 10 km techniką dowolną i w biegu łączonym. W sprincie Polka ma przegrać jedynie ze Słowenką Petrą Majdic. Moim zdaniem Justyna większe szanse niż w zawsze loteryjnym sprincie (ktoś nadepnie na nartę, ktoś się wywróci spowalniając inne) daję w narciarskim maratonie, czyli w biegu na 30 km, w końcu jest w nim aktualną mistrzynią świata i brązową medalistką olimpijską (oba łyżwą), a że w Vancouver zawodniczki będą biegały stylem klasycznym to tym lepiej dla Justyny.
Trzy medale? Było by pięknie. Popatrzmy, to by wystarczyło, by uznać to za nasz najlepszy start w zimowych igrzyskach w historii! Jedna Justyna może nam to załatwić. To tylko świadczy, jak marnie jest z polskimi sportami zimowymi. A moim zdaniem powinno być wręcz odwrotnie, to właśnie w sportach zimowych powinno nam iść lepiej niż w tzw. letnich! Osiem medali, w tym jedno złoto Wojciecha Fortuny przywiezione z igrzysk w Sapporo w 1972 roku. Złoto, którego miało nie być, bo pan Wojtek na igrzyska miał nie pojechać.
Będę zadowolony choćby z jednego złotego medalu Justyny, a nawet jeżeli by złota nie było, to będę się cieszył z medalu każdego koloru. Nie będę rozdzierał szat, jak to miało miejsce po igrzyskach w Salt Lake City 2002. Małysz wywalczył tylko srebro i brąz, tragedia narodowa! Pościg za Justyną
Że nie będzie łatwo niech świadczy to, że w tym sezonie na 22 rozegrane biegi mieliśmy 11 różnych triumfatorek. W biegach stawka jest naprawdę bardzo wyrównana i nie oczekujmy, że Justyna wywalczy medale we wszystkich konkurencjach indywidualnych. Wśród głównych jej rywalek trzeba wymienić Norweżki z Marit Bjoergen, Kristin Stormer Steirą i Vibeke Skofterud, zawsze groźne Finki z Virpi Kuitunen, Rittą-Lisą Roponen i Aino-Kaisą Saarinen, Szwedki z Anną Haag, Hanną Falk i Charlotte Kallą, Słowenkę Petrę Majdic oraz Rosjanki z Natalią Korostieliewą, Olgą Zawiałową, Jewgienią Miedwiediewą i Iriną Chazową, a także Włoszki z Arianną Follis i Marianną Longą oraz Ukrainkę Walentynę Szewczenko. Do tego trzeba też dodać oczywiście Estonkę Kristinę Smigun, dwukrotną mistrzynię olimpijską z Turynu (10 km stylem klasycznym, bieg łączony na 15 km), która wróciła po urodzeniu dziecka. To wszystko w biegach długodystansowych.
O olimpijskie medale w sprincie walczyć będą w większości te same zawodniczki, do tego trzeba dodać Słowaczkę Alenę Prochazkovą, Słowenkę Vesnę Fabjan, Szwedkę Idę Ingemarsdotter i Włoszkę Magdę Genuin. Nie można też lekceważyć ulubienicy Kanadyjczyków doświadczonej Sary Renner, która w sobotę w Canmore była trzecia.
Petter Northug, faworyt numer jeden?
19 i 20 grudnia 2009 roku w Rogli Norweg jako pierwszy biegacz w historii na jednych zawodach wygrał sprint i bieg długodystansowy (30 km). W tym sezonie Northug wygrał sześć biegów, ale trzy ostatnie podczas Tour de Ski, w którym w klasyfikacji końcowej zajął drugie miejsce. Wielkie odrodzenie przeżył 32-letni Lukas Bauer, wicemistrz olimpijski z Turynu w biegu na 15 km stylem klasycznym. Czech w pierwszych 13 biegach ani razu nie stał na podium, ale podczas Tour de Ski, najpierw zajął drugie miejsce w Toblach, a potem wygrał dwa ostatnie biegi i po raz drugi w karierze triumfował w tych morderczych zawodach. Potem wygrał jeszcze bieg na 15 km stylem klasycznym w Otepaa. W Vancouver ten dystans będzie rozgrywany stylem dowolnym, a w ostatnich zawodach w Canmore podwójny triumf święcili Giorgio Di Centa i Pietro Piller Cottrer. Pierwszy to mistrz olimpijski z Turynu w biegu na 50 km, obaj za to święcili triumf w sztafecie 4x10 km. Jak zwykle Włochów trzeba traktować bardzo poważnie. Dodatkowo Cottrer w Turynie wywalczył brązowy medal w biegu łączonym (15 km klasykiem x 15 km łyżwą). Poważnie trzeba też traktować triumfatora Pucharu Świata z ubiegłego sezonu Szwajcara Dario Colognę, który wprawdzie w tym sezonie nie wygrał jeszcze żadnego biegu, ale w ostatni weekend w Camore dwukrotnie zajął trzecie miejsce.
W pierwszej części olimpijskiego sezonu zdecydowanie dominowali Norwegowie, którzy wygrali 10 z 13 pierwszych biegów (oprócz Northuga Ola Vigen Hattestad, John Kristian Dahl i Eldar Roenning). Potem jednak już ani razu nie stali na najwyższym stopniu podium. Chwilowe osłabienie? Igrzyska w Turynie były dla Norwegów wielkim rozczarowaniem. Nie wywalczyli żadnego złota, musieli się zadowolić tylko dwoma srebrnymi medalami (Frode Estil w biegu łączonym i sprint drużynowy). A przecież tamtem olimpijski sezon na podium Pucharu Świata ukończyli Jens Arne Svartedal i Torn Arne Hetland, którzy ustąpili miejsca tylko Tobiasowi Angererowi. Tym razem ma być inaczej, Norwegowie chcą zdominować igrzyska. Czy im się to uda? Patrząc na wyniki ostatnich zawodów można odnieść wrażenie, że Skandynawowie znowu nie trafią z formą na igrzyska. Z drugiej strony dopiero w Whistler okaże się czy wystrzelali się na początku sezonu. Przed rokiem zdominowali mistrzostwa świata w Libercu zdobywając pięć z sześciu możliwych do zdobycia złotych medali (Northug w biegu łączonym na na 50 km stylem dowolnym, Hattestad w sprincie stylem dowolnym oraz obie sztafety).
Groźni mogą być Szwedzi, a szczególnie Marcus Hellner, Fin Matti Heikkinen, Niemcy z Axelem Teichmannem i Renne Sommerfeldtem. I jak zwykle Rosjanie z Aleksandrem Liegkowem i Maksimem Wylegżaninem. W Rybińsku jedyny przed igrzyskami bieg łączony zdominowali Rosjanie, którzy zajęli całe podium. Pierwsze w karierze zwycięstwo w Pucharze Świata odniósł 24-letni Artem Zmurko, który wyprzedził 23-letniego Ilję Czernousowa i 27-letniego Siergieja Sziriajewa. Wygląda na to, że w rosyjskich biegach rośnie nowa siła, oby to tylko nie był efekt szprycowania się (Sziriajew już był zawieszony za doping).
W sprincie tą nową siłą jest 23-letni Nikołaj Moriłow, który triumfował w Rybińsku. Groźnym rywalem Northuga na najkrótszym dystansie będzie też Aleksiej Pietuchow, który w tym sezonie w biegach sprinterskich dwa razy stał na podium, w tym raz na najwyższym stopniu oraz inny Rosjanin największe sukcesy odnoszący w sprincie Nikita Kriukow (w tym sezonie trzeci w Kuusamo, Otepaa i Rybińsku). Królem sprintu w tym sezonie jest Szwed Emil Jonsson, który wygrał trzy biegi. Uważać też trzeba na Amerykanina Andriew Newella oraz Norwegów Johna Kristiana Dahla i Olę Vigena Hattestada. Sztafeta znowu dla Włochów?
Giorgio di Centa i Pietro Piller Cottrer ciągle są ostoją włoskiej sztafety. Nie ma już Fulvio Valbusy i Cristiana Zorzi, ale jest za to Valerio Checchi. Włochom do ponownego wygrania biegu drużynowego może zabraknąć tego czwartego, ale mając trzech świetnych biegaczy powinni się liczyć w stawce. Faworytami będą Norwegowie, wśród których roi się od gwiazd. Będą oni chcieli powetować sobie niepowodzenie, jakie ich spotkało w Turynie, gdy jako obrońcy tytułu zajęli dopiero piąte miejsce. Na ich drodze mogą jednak stanąć Niemcy z Axelem Teichmannem, Rene Sommerfeldem, Jensem Filbrichem i Tobiasem Angererem. Trzech ostatnich było w sztafecie olimpijskiej, która przed czterema laty wywalczyła srebrne medale. Brązowi w Turynie Szwedzi też mają chrapkę na zwycięstwo. Największe na to szanse mają w sprincie, w którym będą bronić tytułu. Przed rokiem podczas mistrzostw świata w Libercu sztafeta należała do Norwegów (Eldar Roening, Odd-Bjoern Hjelmeset, Tore Ruud Hofstad, Petter Northug), którzy wyprzedzili Niemców (Filbrich, Angerer, Franz Goering, Teichmann) oraz Finów (Matti Heikkinen, Sami Jauhojarvi, Teemu Kattilakoski, Ville Nousiainen).
Jeśli chodzi o sztafety sprinterskie to Szwedów zdystansować będą próbowali głównie Norwegowie i Rosjanie, no i można jeszcze dołączyć Włochów. Aktualnymi mistrzami świata w sztafecie sprinterskiej są Norwegowie Ola Vigen Hattestad i Johan Kjoelstad, którzy zdystansowali Niemców Teichmanna i Angerera oraz Finów Jauhojarvi i Nousiainena. W Libercu biegano stylem klasycznym, w Vancouver sprinty drużynowe rozgrywane będą stylem dowolnym.
U pań w sztafetach zapowiada się jeszcze bardziej zacięta rywalizacja. Piekielnie mocne Szwedki, Norweżki i Finki, do tego broniące tytułu Rosjanki. Trzeba też uważać na Włoszki. Nie lekceważyłbym też wicemistrzyń olimpijskich z Turynu Niemek, z tej srebrnej sztafety są Evi Sachenbacher-Stehle, Stefanie Bohrer (mogą narozrabiać w sztafecie sprinterskiej), a wzmocnić je może bardzo solidna w tym sezonie Katrin Zeller. W ubiegłym roku w Libercu Niemki w składzie Zeller, Sachenbacher-Stehle, Miriam Goessner i Claudia Nystad zostały wicemistrzyniami świata. Wtedy najlepsze były Finki z Pirjo Muranen, Virpi Kuitunen, Rittą-Lisą Roponen i Aino-Kaisą Saarinen, a brązowe medale wywalczyły Szwedki z Liną Andersson, Brittą Norgren, Anną Haag i Charlotte Kallą.
W sztafecie sprinterskiej o medale z broniącymi tytułu Szwedkami walczyć będą Finki, Włoszki oraz Słowenki z Petrą Majdic i Vesną Fabjan. Do tego trzeba dodać Norweżki i Rosjanki. Przed rokiem w Libercu tytuł mistrzyń świata wywalczyły Finki Kuitunen i Saarinen, drugie były Szwedki Anna Olsson i Lina Andersson, a trzecie Włoszki Arianna Follis i Marianna Longa.
Pozostali Polacy
Przed rokiem w sztafecie z bardzo dobrej strony pokazały się nasze panie (Kowalczyk, Kornelia Marek, Sylwia Jaśkowiec, Paulina Maciuszek), które zajęły szóste miejsce. Podobny wynik w Vancouver byłby ogromnym sukcesem. W biegach indywidualnych miejsce w 30. którejś z naszych pozostałych biegaczek trzeba będzie uznać za dobry wynik. Największe na to szanse ma chyba Marek, która w Libercu była 21. w biegu na 30 km techniką dowolną i 29. na 10 km techniką klasyczną. W tym sezonie w Pucharze Świata Marek dwukrotnie znalazła się w czołowej 30: w Otepaa (23.) i w miniony weekend w Canmore (26.), w obu przypadkach na 10 km stylem klasycznym. Poza tym punktowała jeszcze Jaśkowiec, która w inauguracyjnych zawodach w Beitostoelen była 23 (10 km stylem dowolnym).
Jeśli chodzi o panów to im dalej w las, tym było gorzej. Najlepiej wypadł 28-letni Maciej Kreczmer, który sezon rozpoczął od 26. miejsca w Beitostoelen (15 km stylem dowolnym), potem było jeszcze 16. miejsce w Rogli i w miniony weekend w Canmore 27., w obu przypadkach sprint stylem klasycznym. W przypadku naszego najbardziej doświadczonego biegacza Janusza Krężeloka (już 35-letniego) tradycyjnie najlepszych wyników możemy spodziewać się w sprincie. Pan Janusz, który w 2004 roku w Trondheim wygrał swoje jedyne pucharowe zawody, w tym sezonie zajął 18. miejsce w Kuusamo (o dziwo nie sprint, ale 15 km stylem klasycznym) i 24. w Rogli.
Mam w pamięci igrzyska w Turynie (2006) i siódme miejsce Krężeloka i Kreczmera w sprincie drużynowym. Wspaniale chłopaki walczyli, przez długi czas kręcili się koło podium, a ja się emocjonowałem, jakby walczyli o złoto, liczyło się to, że walczyli ze wszystkich sił, dali z siebie wszystko, a nawet powiedziałbym, że wznieśli się na wyżyny swoich możliwości. Pięknie by było, jakby w Whistler panowie znowu znaleźli się w czołowej ósemce.