Artykuły, felietony mojego autorstwa. Moją pasją jest sport we wszelkiej formie. Piszę o tym co mnie bawi, wzrusza i doprowadza do szewskiej pasji. Zawsze szczerze, bez owijania w bawełnę. Tenis, piłka nożna, sporty zimowe i wiele innych dyscyplin.
Blog > Komentarze do wpisu

Powabna Radwańska, łamaczka barier

Sobota, 7 lipca 2012. Agnieszka Radwańska grająca w finale z odrodzoną Sereną Williams. To był najwspanialszy dzień w moim sportowym życiu. Tego finału, jak i całego epickiego Wimbledonu nigdy nie zapomnę!

Praktycznie od początku trwania kariery w kraju krytykowana i nierozumiana. Nigdy miała nie dojść do wielkoszlemowego ćwierćfinału, jak go osiągnęła miał to być szczyt jej możliwości. Nigdy miała nie dojść do Top 20, jak weszła do Top 10 to miał być absolutny szczyt jej możliwości. Gdy weszła do Top 5 to wyłącznie dlatego, że kobiecy tenis jaki jest każdy widzi, pogrążony w kryzysie i Agnieszka wykorzystała masę szczęśliwych zbiegów okoliczności (to samo gdy została trzecią, a teraz drugą rakietą świata). A co mówią teraz? Że w drodze do historycznego finału miała tylko jedną klasową rywalkę (Andżelikę Kerber w półfinale). Oczywiście to wina Radwańskiej, że Na Li, Venus Williams czy Samantha Stosur same się wcześniej wyeliminowały. A w finale z Sereną wygrała seta tylko dlatego, że Amerykanka jej tego seta dała grając słabo. Jak to się ma w takim razie do słów samej Williams: "Wpadłam w lekką panikę, gdy ona zaczęła grać doskonały tenis przebijając wiele piłek"? Tak, to Radwańska po nokautującym początku ze strony Sereny znacznie podniosła poziom swojej gry, zaczęła wybierać niesamowite piłki i wywierać coraz większą presję na wielkiej rywalce. Williams zmuszona była przez Polkę biegać więcej i jakby trochę zaskoczona takim obrotem sprawy, bo przecież nie jest do tego przyzwyczajona, nie dała rady wygrać meczu w dwóch setach.

Dyskredytować wielki sukces Agnieszki i jeden z największych w historii polskiego sportu mogą tylko ludzie nie mający pojęcia o białym sporcie albo ci, którzy z sobie tylko znanych powodów wyjątkowo Radwańskiej nie lubią i nie stać ich na zachowanie ani grama obiektywizmu. "Pokazała niesamowitą regularność, ale przy tym olbrzymią różnorodność uderzeń i rotacji. No i antycypację, która tak często pozwala jej prowadzić doskonałą obronę. Dziś to dziewczyna, która może pokonać każdą rywalkę. Ma w ręku wszystkie składniki potrzebne do wygrywania Wielkich Szlemów, teraz musi z tego przyrządzić dobre danie. W dzisiejszej erze mocy, siły, potężnych uderzeń z linii końcowej jest absolutnie unikalna". O taką laurkę dla Agnieszki pokusiła się Mary Joe Fernandez i jest to najlepszy opis bogatego, pozbawionego monotonii, pysznego tenisa krakowianki. Na szczęście na świecie taki tenis zyskuje coraz więcej entuzjastów, co pokazali Brytyjczycy nagradzając Isię potężną burzą braw po udanych zagraniach w trakcie finału, ale i już podczas dekoracji, gdy Serena poprosiła o... aplauz dla Polki. To był wymowny gest, bo przecież Amerykanka nigdy nie była taka wylewna w okazywaniu sympatii swoim finałowym rywalkom.

Todd Woodbridge, były najlepszy deblista świata, stwierdził, że jeśli Agnieszka "dołoży do swojego serwisu trochę więcej siły, tych kilka kilometrów więcej, a zachowa te wszystkie atuty, którymi dysponuje w tej chwili, to zacznie podbijać największe turnieje na świecie". Godne podkreślenia jest słowo atuty, niektórzy pewnie pukają się w czoło i mówią, że Woodbridge stracił kontakt z rzeczywistością: przecież Radwańska żadnych atutów nie ma, a na drugie miejsce wdrapała się tylko i wyłącznie dzięki własnemu przebijactwu i błędom rywalek. Agnieszka już znacznie poprawiła serwis, a nie mam wątpliwości, że będzie nad nim pracować i rozwijać dopóki nie sięgnie po wymarzony wielkoszlemowy laur. I nie tylko nad serwisem, ale i nad innymi elementami swojego rzemiosła, bo tylko tak może znaleźć się na szczycie szczytów, którego zdobycie jest w tej chwili jej największym pragnieniem.

Przez te dwa tygodnie narodziła się nam nowa Radwańska, która idąc wytyczonym przez siebie szlakiem, często pod prąd, nie dając się zwieść licznym "doradcom", że liczy się tylko siła i nic więcej, doszła do finału na świętej londyńskiej trawie. A to dopiero początek, a nie koniec, czego życzyli by sobie ci, dla których Radwańska to największe zło współczesnego tenisa, a może i nawet w całej historii dyscypliny. Jej powabny tenis (bardzo piękne określenie Jerzego Mielewskiego z Polsatu Sport) coraz mocniej rozpala wyobraźnię tenisowego świata i dlatego ilość entuzjastów jej stylu gry dynamicznie rośnie. Jeśli jeszcze ktoś wątpił, że Radwańska swoim delikatnie dynamicznym, pozbawionym połykania rywalek bezmyślnym trzepaniem piłki tenisem ma szansę spełnić swoje marzenia o wielkości, to teraz może w to jeszcze do końca nie uwierzył, ale jeszcze uważniej będzie się przyglądał jej rozwojowi. Dziś Isia to największa ambasadorka polskiego sportu (epicki tekst Krzysztofa Straszaka), na którą w sobotę patrzył absolutnie cały świat. To był jej pierwszy raz w finale Wielkiego Szlema i mocno wierzę w to, że nie ostatni.

Przełomowy okazał się epicki, ciągnący się w nieskończoność z powodu deszczu, rozpoczęty na korcie numer 1, a zakończony późnym wieczorem na korcie centralnym, mecz z Marią Kirilenko. Ta zwycięska bitwa pozwoliła Radwańskiej wydobyć się z jarzma ćwierćfinałowej niemocy. Na naszych oczach właśnie wtedy zrodziła się ulepszona wersja Agnieszki Radwańskiej - Radwańskiej, której nic już nie jest w stanie sparaliżować, Radwańskiej, która dojrzała do tworzenia wielkich dzieł w Wielkim Szlemie. W wielkim stylu wykończyła mentalnie Kerber, a następnie po początkowym stresie, jaki na ogół towarzyszy debiutowi w finale Wielkiego Szlema, krakowianka dostosowała się do poziomu wielkiej Sereny i Amerykanka do spółki z Polką dały tenisowemu światu pokaz uroczego tenisa z masą potęgujących wagę tego wydarzenia wyjątkowych zagrań. Fascynujące wymiany z głębi kortu, woleje jakby z innej bajki, drop-szoty i loby, zmiany rotacji i tempa gry, wykorzystywanie niemal do perfekcji geometrii kortu. Tenis tak rzadko spotykany, w którym taktyka co chwilę ulegała modyfikacji, dzięki czemu obejrzeliśmy stylowy tenis (nie polegający wyłącznie na okupowaniu linii końcowej z żelazną konsekwencją), na który patrzyło się z ogromną przyjemnością. To był najpiękniejszy finał kobiecego Wimbledonu od 2006 roku, gdy magiczne widowisko stworzyły Ame Mauresmo i JuJu Henin.

"Tylko nieliczni wybrańcy sportowych bogów zwyciężają w Wimbledonie" - takie słowa padły z ust pana Bohdana Tomaszewskiego podczas męskiego finału. Radwańska będąc ostatnią romantyczką (jak ją nazwał dziennik L'Eguipe) na światowych kortach zasługuje na to, by w tej grupie wybrańców się znaleźć. Nikt już nie przemawia na korcie rakietą tak pięknie, jak Agnieszka. Nikt nie buntuje się przeciwko schematom z taką gracją, jak Agnieszka. Nikt nie ma na korcie takiej wyobraźni i nie jest obdarzony taką fantazją, jak Agnieszka. Jej gra nie mieści się w standardach i samym rozumem nie da się jej ogarnąć (dlatego tak wielu nie jest w stanie pojąć jak ten w ich rozumieniu nudny, przebijacki tenis Polki może cieszyć zmysły tak wielu ludzi na świecie). Radwańska na korcie to więcej niż tenis, to sztuka poruszająca duszę i wprawiająca widza w niezwykły nastrój, w której przyjemnie jest się zatracić. Czy powabna Agnieszka sięgnie po wielkoszlemowy tytuł? Nie jestem prorokiem, więc mogę tylko powiedzieć: mam nadzieję, że tak. A nadzieja jest nie tylko matką głupich, ale i romantyków, którzy wybierając drogę inną niż wszyscy, wiecznie szukając czegoś unikatowego często cierpią, ale zawsze pozostają wierni swoim ideałom w dążeniu do przełamywania barier. Życzę Agnieszce, by utopia, jaką dla wielu jest zobaczyć ją w wielkoszlemowej koronie, stała się rzeczywistością!

poniedziałek, 09 lipca 2012, lukasziwanek

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Łukasz Iwanek

Utwórz swoją wizytówkę wyniki na zywo